Magazyn
branży pogrzebowej

Pogrzeb dla leniwych: Żałobne drive-thru

Pogrzeb na wynos? W Stanach Zjednoczonych do fast foodów, banków czy aptek, gdzie do okienka można podjechać autem i załatwić wszystko, nie wychodząc z samochodu, dochodzi również udział w pogrzebie.

Udział w pogrzebie nigdy dotąd nie był tak prosty… źródło: East News

Żegnanie się ze zmarłym przy otwartej trumnie to część amerykańskiej tradycji. Szkopuł w tym, że taka ceremonia wymaga od żałobnika wiele wysiłku – trzeba się odpowiednio ubrać, kupić kwiaty i znicze, potem znaleźć przed cmentarzem miejsce do zaparkowania, które przecież może być znacznie oddalone od miejsca pogrzebu. Do tego trzeba doliczyć czas poświęcony na udział w ceremonii – przemówienia, modlitwa, a nie daj Boże jeszcze msza! Kilka godzin straconych jak nic. Z myślą o tych, którzy się śpieszą i wszystko chcą załatwić błyskawicznie, powstała usługa drive-thru. Tak jak podjeżdża się do McDonalda zamówić hamburgera, tak tutaj opuszcza się szybę w drzwiach auta, podjeżdża do okna zakładu pogrzebowego, a tam rozsuwają się zasłonki, za którymi jest trumna z ciałem zmarłego.

Pożegnanie trwa trzy minuty, tyle gra muzyka z głośników umieszczonych za oknem. Wtedy zasłonki się zasuwają i podjeżdża kolejny żałobnik. Tak jak w przypadku fast foodów, w stronę odpowiedniego podjazdu kierują tabliczki z napisem „drive-thru”. Tam czeka już pracownik domu pogrzebowego z Ipadem, za pomocą którego gość podpisuje się na liście żałobników. Pracownik zabiera też karty kondolencyjne, kwiaty i prezenty dla rodziny zmarłego.

Ivan Philiips z zakładu pogrzebowego Paradise (Raj) w Michigan świadczy tę usługę od 2014 roku. – Pomyślałem, że to świetny pomysł, jednak bałem się tego, jak zostanie przyjęty. Ale biorąc pod uwagę, że jest dużo osób niepełnosprawnych, a wielu ludzi boi się zakładów pogrzebowych, to dlaczego nie dać im wyboru? – pyta retorycznie.

Nie trzeba wysiadać z auta. Nawet otwarcie okna nie jest konieczne. źródło: theglobeandmail.com

Phillpis na początku obawiał się reakcji opinii publicznej, ale teraz jego dom pogrzebowy świadczy usługę drive-thru dwa-trzy razy w tygodniu. Zaznacza, że jest ona tylko dodatkiem do tradycyjnej ceremonii pogrzebowej, formą reklamy i szansą na zaistnienie na rynku pogrzebowym, który w Stanach Zjednoczonych jest bardzo nasycony. Ivan Phillpis nie ukrywa, że to także próba dotarcia do pokolenia millenialsów i baby boom. Biznes pogrzebowy zmienia się z roku na rok i coraz mniej przypomina ten z czasów naszych babć i dziadków.

Tę samą usługę oferuje jeden z zakładów pogrzebowych w Los Angeles. Jego właściciele zaznaczają, że podjeżdżać pod okno, w którym znajduje się trumna, można tylko autami osobowymi. Niestety, podjazd jest zbyt mały, aby zmieścić autobusy czy samochody ciężarowe. O ile właściciel zakładu pogrzebowego Paradise w Michigan podkreśla, że usługa drive-thru to ogromne ułatwienie dla osób niepełnosprawnych i starszych, o tyle w Los Angeles komentatorzy podnoszą, że ma ona szansę przyjąć się ze względu na możliwość zmniejszenia ryzyka gangsterskich porachunków na cmentarzach. W samochodzie skrytym za kuloodpornymi szybami zawsze jest bezpieczniej. Trzeba przyznać, że nawet w liberalnych Stanach Zjednoczonych zdania na temat tej usługi są podzielone.

– Według mnie to niewłaściwe, żeby ciało było wystawiane jak nowy egzemplarz samochodu – mówi Bob Arrington, właściciel domu pogrzebowego w Jackson w stanie Tennessee, który jest także byłym prezesem Krajowego Stowarzyszenia Dyrektorów Pogrzebowych. Jego zdaniem ta usługa jest zbyt nowatorska i szokująca dla mieszkańców tzw. amerykańskiego pasa biblijnego (potoczna nazwa najbardziej religijnych rejonów USA, gdzie dominują konserwatywni protestanci), ale w innych stanach może się przyjąć.

Nie tylko USA

Branża pogrzebowa jest szybko rozwijającą się gałęzią gospodarki w starzejącej się Japonii. Według Yano Research Institute rynek usług funeralnych jest wart około 16 miliardów dolarów. Nic dziwnego, w ciągu ostatniej dekady Japonia stała się demograficzną bombą zegarową – błędnym kołem małych wydatków i niskiej płodności, co spowodowało spadek liczby ludności o 1 milion osób oraz biliony utraconego PKB.

Konkurujący ze sobą przedsiębiorcy funeralni wprowadzają nowe usługi: Japonia otworzyła swój pierwszy salon pogrzebowy typu drive-thru mający zaspokoić potrzeby coraz liczniejszej populacji osób starszych, która nie jest już w stanie odwiedzić zmarłego na cmentarzu.

Jak wygląda drive-thru w Japonii? Podobnie jak w Stanach. W zakładzie pogrzebowym Kankon Sousai Aichi Group goście podjeżdżają do okna, gdzie otrzymują tablet, aby wpisać swoje nazwisko na listę. Następnie mogą zlecić przelew z datkiem, zapłacić za zapalenie kadzidła czy jakąkolwiek inną usługę. Pożegnanie trwa od minuty do dwóch, a zgromadzeni w środku żałobnicy dzięki obrazowi z kamery mogą śledzić na żywo, jak ludzie przyjeżdżają i odjeżdżają.

Dyrektor generalny firmy, Masao Ogiwara, w wywiadzie dla „Japan Times” powiedział, że usługa ma zaspokoić potrzeby osób o ograniczonej mobilności wynikającej z niepełnosprawności fizycznej lub starości. – Jestem w tym biznesie od dłuższego czasu i widziałem, jak uciążliwe jest dla osób starszych na wózkach inwalidzkich uczestniczenie w pogrzebie – twierdzi przedsiębiorca.

Drive-thru w Japonii. źródło: www.arabnews.com

Masao Ogiwara wierzy, że dzięki usługom oferowanym przez jego firmę skraca się czas poświęcany na uczestnictwo w pogrzebie. A ponieważ w Japonii pochówki  odbywają się zwykle około południa, biznesmen w czasie przerwy na lunch może spokojnie, bez konieczności tracenia czasu czy przebierania się w domu, wziąć udział w ceremonii.

Chiny szybko się starzeją i mają coraz mniej gruntów. Pekin promuje cybercmentarze, a giganci technologiczni pracują nad tym, aby zmienić chińskie tradycje pogrzebowe.

Tak wygląda ceremonia pogrzebowa na wirtualnym cmentarzu w Pekinie. fot. Lucille Liu/Bloomberg

Zarówno samorządy lokalne, jak i firmy pogrzebowe w Chinach eksperymentują z nowymi sposobami przeprowadzania obrzędów pogrzebowych. Powód? Kraj boryka się z brakiem gruntów miejskich i szybko starzejącym się społeczeństwem. Według Krajowego Biura Statystycznego roczna liczba zgonów w 2022 r. wyniosła 10,4 mln, co oznacza wzrost o 6,7 proc. w porównaniu z 2016 r. Dlatego Pekin podejmuje próbę zmniejszenia całkowitej powierzchni zajmowanej przez cmentarze publiczne do ok. 70 proc. obecnego areału w 2035 r. i promuje alternatywne pochówki, aby zaoszczędzić miejsce. Chińczycy są namawiani do zielonych pogrzebów i do rozrzucania prochów w morzu.

Wybawieniem ma być jednak przeniesienie pochówków do digitalu. W Pekinie działa już cyfrowy cmentarz Taiziyu, gdzie znajdują się schowki do przechowywania prochów, a na nich ekrany ze zdjęciami i filmami upamiętniającymi zmarłego. Według Beijing Jiuli Digital w 2023 r. w stolicy Chin zorganizowano ponad 500 tego typu pochówków.

Na cyfrowym cmentarzu o powierzchni 20 metrów kwadratowych można umieścić ponad 150 działek, podczas gdy na terenie tej wielkości zmieściłoby się zaledwie sześć tradycyjnych grobów. W dużych miastach od wielu lat nie ma gruntów pod cmentarze. Sytuacja jest jeszcze bardziej tragiczna w Hongkongu, gdzie gdziałek na nekropolie brakuje najbardziej.

Tradycyjne cmentarze znajdują się na świeżym powietrzu i nie można na nich zobaczyć video ani usłyszeć głosu zmarłego. Tu jest to możliwe. fot. Lucille Liu/Bloomberg

Jeszcze bardziej zaawansowany cmentarz istnieje w Szanghaju. Firma Fu Shou Yuan otworzyła tam internetowe mauzoleum odzwierciedlające środowisko fizyczne, w którym można przeprowadzać wirtualne pochówki. Projekt „Heaven on the Cloud” umożliwia klientom tworzenie wirtualnych profili ze zdjęciami osób, zasobami cyfrowymi, plikami dźwiękowymi i nie tylko. Dzięki replikacji bliscy mogą wchodzić w interakcję z cyfrową formą zmarłego i dzielić się historiami ze swojego życia.

Fu Shou Yuan International otworzyło pierwszy digitalowy cmentarz w 2022 r. Właściciele firmy wierzą, że era tradycyjnych pochówków ziemnych dobiega końca. Coraz więcej pieniędzy zostanie przeznaczonych na naukę i technologię, a zmarłych będziemy wspominać i opłakiwać, patrząc na ekran smartfona lub komputera. Fu Shou Yuan nawiązało współpracę z Unity Software, którego silnik do projektowania gier i aplikacji obsługuje 70 proc. najpopularniejszych gier mobilnych na całym świecie. Firmy pracują nad stworzeniem realistycznych cyfrowych awatarów osób po ich śmierci.

Jednym z argumentów za cyfrowym pogrzebem jest z pewnością cena. Pogrzeb w Taiziyu kosztuje około jednej trzeciej tego co tradycyjny pochówek. Według raportu firmy ubezpieczeniowej Sun Life Financial Inc z 2020 r. przeciętny pogrzeb w Chinach kosztuje 5555 dolarów, co stanowi około 45 proc. średniego rocznego wynagrodzenia. Dla porównania: mieszkańcy Stanów Zjednoczonych wydają na pogrzeby nieco ponad 12 proc. swojej pensji, podczas gdy na całym świecie wskaźnik ten wynosi 10 proc. To na tyle duży kłopot społeczny, że chińskie władze przestrzegają konsumentów przed zaciąganiem tzw. pożyczek cmentarnych w celu sfinansowania kosztów pogrzebu. Elektroniczne pochówki mogą być dla wielu Chińczyków prawdziwym wybawieniem i… wyłomem, który przekona mieszkańców Państwa Środka do tej formy pochówku.

Największym wyzwaniem, przed jakim stoją cybercmentarze, jest postrzeganie śmierci przez społeczeństwo. Według tradycji co roku rodzina musi złożyć hołd zmarłemu, składając ofiary i paląc kadzidło. Czasami można przygotować pieczoną świnię, a jej część przynieść na cmentarz jako ofiarę dla zmarłego. Starsi Chińczycy są bardzo przywiązani do tradycji, ale o pogrzebach coraz częściej decydują młodzi, a do nich przemawia argument ekonomiczny. Młodsze pokolenie nie przejmuje się już szczególnie feng shui. Chce żyć na poziomie jak ich rówieśnicy na Zachodzie i nie zapożyczać się na wiele lat, by wyprawić kosztowną ceremonię.

Ludzie od zawsze sadzili lub kładli na grobach kwiaty. Przypisywali im różne znaczenie, a czasem wierzyli w ich magiczną moc. Cmentarne rośliny potrafią opowiedzieć niejedną ciekawą historię!

To, że rośliny czerpią soki z ziemi użyźnionej szczątkami zmarłych, fascynowało naszych przodków i dawało im ogromne pole do interpretacji. Wierzono, że dzięki temu rośliny mają łączność z zaświatami.

W mitologii greckiej Persefona nieprzypadkowo jest panią podziemi i jednocześnie kiełkującego ziarna. Ta wzajemna zależność musiała być kiedyś oczywista. W mitach opisano wiele przypadków, że bogowie lub herosi umierają i stają się po śmierci roślinami. Tak było chociażby z Hiacyntem, który uśmiercony przez zazdrosnego Zefira stał się kwiatem.

Na grobie przepięknego młodzieńca Narcyza, który umarł z powodu tęsknej miłości do własnego odbicia w wodzie, wyrósł kwiat noszący jego imię.

Tristana i Izoldę, parę nieszczęśliwie zakochanych, chciano po śmierci rozdzielić i pochowano w dwóch odległych miejscach na cmentarzu. Głóg, który wyrósł z grobu kochanka, wrósł do mogiły jego ukochanej. Mimo że był ścinany, co dnia odrastał.

W słowiańskich i rumuńskich bajkach spotkamy trzcinę, która wyrasta na cmentarzu, staje się fujarką i wygrywa historię zamordowanego pastuszka.

A nie daj Bóg, żeby na grobie mężczyzny wyrosły lilie! To jawny znak, że mąż został zamordowany przez niewierną żonę. Lilie to przecież symbol męczeńskiej śmierci i jasna wskazówka, że popełniono morderstwo.

Z kolei jeśli na grobie zmarłego wyrośnie wiśnia lub czeremcha, to znaczy, że prosi on o modlitwę za jego duszę. Wiśnie na grobie traktowano jako nowe wcielenie zmarłego i dlatego nie wolno było wyłamywać jej gałązek ani spożywać jej owoców. Gdyby mimo to ktoś odważył się to zrobić, mógł usłyszeć okrzyki bólu łamanego drzewa.

Racjonalni i sceptyczni na co dzień Rzymianie przykładali dużą wagę do spraw bogów i życia pozagrobowego. Do tego stopnia, że święta upamiętniające zmarłych obchodzili kilka razy w roku. Przynosili wtedy na cmentarz wino i mleko, a groby dekorowali różami i fiołkami. Róża jako krzew kolczasty miała dla nich znaczenie podobne jak inne cierniste rośliny: odstraszała zmarłych od świata żywych. Samą różę chętnie potem zaadaptowało chrześcijaństwo, które białym kwiatom nadało znaczenie zwiastuna śmierci i jednocześnie dziewiczej czystości, natomiast czerwone symbolizują krew Chrystusa.

Dawniej wokół nekropolii sadzono drzewa i krzewy o ciernistych pędach, np. robinię akacjową, głogi, śliwę, tarninę, aby uniemożliwić wychodzenie duchów zmarłych do świata żywych. W Polsce chętnie sadzono jeżyny, które pozyskiwano z pobliskich lasów. W średniowieczu sadzono na cmentarzach rośliny zimotrwałe, np. barwinek czy bluszcz.

Do dziś są bardzo popularne, a natknięcie się na nie gdzieś w lesie lub na odludziu może oznaczać,
że w tym miejscu znajduje się zapomniana nekropolia.

Barwinek był symbolem nieśmiertelności ze względu na zawsze zielone liście. Z kolei bluszcz symbolizował pamięć o zmarłych, a ze względu na to, że pnie się nawet po martwych drzewach
– także symbol duszy żyjącej po śmierci.

Specjalne znaczenie przypisywano również kłokoczce południowej. To bardzo charakterystyczna roślina z hałasującymi (kłokoczącymi) owocami. Z tego powodu wierzono, że skutecznie odstrasza demony czyhające na żałobników i dusze zmarłych. Przed złymi duchami chronił również lilak pospolity, który stał się bardziej znany w Europie w XVI wieku, kiedy został sprowadzony z Imperium Osmańskiego.

W pierwszej połowie minionego wieku popularne były białe kalie, których kolor symbolizował kolor szat zbawionych dusz i aniołów. Na ziemnych mogiłach chętnie siano bratki, które miały oznaczać pamięć. Bratek trójbarwny ze względu na wielobarwność kwiatów był symbolem Trójcy Świętej, a bratek ogrodowy wyrażał pamięć i myśl o bliskiej osobie.

Współcześnie na grobach chętnie kładzie się wieńce z gałązek wiecznie zielonych drzew i krzewów, takich jak mahonia pospolita czy jodła olbrzymia. Jesienią najbardziej popularne są chryzantemy, które w naszym kręgu kulturowym jednoznacznie kojarzą się ze smutkiem i są wykorzystywane wyłącznie podczas ceremonii pogrzebowych, natomiast w Stanach Zjednoczonych oznaczają radość.

Dziś symbolika się zaciera, a dawne znaczenia ulegają zapomnieniu. Nie ma sensu tworzyć wiązanek chroniących przed złymi duchami, kiedy nikt już w nie nie wierzy. Na granitowych płytach nikomu nie wyrośnie głóg ani lilia. Floryści, tworząc wiązanki, nie zastanawiają się nad znaczeniem kwiatów. Ma być po prostu ładnie.

Watykan w grudniu 2023 roku złagodził swoje stanowisko w sprawie kremacji. Katolicy mogą teraz umieścić niewielką część skremowanych szczątków swoich zmarłych krewnych w ważnym dla nich miejscu, zamiast w kościele czy na cmentarzu.

Katolicy mogą trzymać część skremowanych szczątków swoich zmarłych krewnych w domu. źródło: depositphotos.com

Nowe instrukcje, podpisane przez kardynała Victora Manuela Fernandeza i zatwierdzone przez papieża Franciszka, opublikowano siedem lat po wydaniu wytycznych w sprawie kremacji. W tamtym czasie prochy zmarłych należało chować wyłącznie w „miejscu świętym”, takim jak kościół czy cmentarz, a nie trzymać w domu. Prochów zmarłych nie można było nigdzie rozsypywać ani przechowywać jako pamiątkę. Osobom, które złamały ten zakaz, groziła odmowa zorganizowania katolickiego pogrzebu.

Dziś Kościół nie jest już tak radykalny. Stolica Apostolska w dokumencie z 9 grudnia 2023 roku zaleca tylko, aby w kwestii podziału i przechowywania prochów stosować się do prawa narodowego. Jednocześnie Watykan zwraca uwagę, że kremacja nie może łączyć się z niechrześcijańskimi praktykami, takimi jak panteizm, naturalizm czy nihilizm.

Dokument prefekta Dykasterii Nauki Wiary zezwala również na mieszanie prochów kilku osób w jednej urnie. Jest to możliwe, pod warunkiem że wskazano tożsamość każdego zmarłego, „aby pamięć o ich imionach nie została wymazana”.

Watykan stwierdza jednocześnie, że kremacja jest zgodna z nauką Kościoła, gdyż zmartwychwstałe ciało niekoniecznie będzie składać się z tych samych elementów, które miało przed śmiercią. Zmartwychwstanie może nastąpić nawet wtedy, gdy ciało zostało całkowicie zniszczone.

Kościół katolicki nie wspomina o alternatywnych sposobach rozkładania zwłok, takich jak hydroliza alkaliczna czy kompostowanie. Resomacja jest coraz bardziej popularna w Europie Zachodniej i USA. Na początku 2023 roku Komisja Konferencji Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych stwierdziła, że ​​nie spełniają one kryteriów okazywania należnego szacunku ciału i praktykowania wiary w zmartwychwstanie.

Warto dodać, że Kościół katolicki zezwolił na kremację dopiero w 1963 roku i do dziś preferuje tradycyjne pogrzeby. Podobnie jak inne instytucje religijne, Watykan stara się jednak reagować na zmieniające się trendy w chowaniu zmarłych. W Stanach Zjednoczonych w 2023 roku kremacje stanowiły 59 proc. wszystkich pochówków. W Polsce, według Dariusza Dutkiewicza, dyrektora Instytutu Branży Pogrzebowej
i Cmentarnej, w 2022 roku kremacje stanowiły ok. 40 proc. wszystkich pochówków.

Dokument, choć ma znaczenie dla katolików na całym świecie, w Polsce niewiele zmienia. Wciąż obowiązuje ustawa o cmentarzach i chowaniu zmarłych z 31 stycznia 1959 roku, która precyzuje, że groby ziemne i murowane oraz kolumbaria mogą znajdować się tylko na cmentarzach.

Jednocześnie tajemnicą poliszynela jest, że wielu pracowników zakładów pogrzebowych na życzenie rodziny udostępnia niewielkie ilości prochów skremowanej osoby z przeznaczeniem do relikwiarzy. Cóż, prawo sobie, a życie sobie.

Termin „personalizacja pogrzebów” od kilku ostatnich lat jest powtarzany przez specjalistów branży funeralnej jak mantra. Nie jest on obcy także Czytelnikom „Kultury Pogrzebu”. Popularny w krajach anglosaskich, a zwłaszcza w USA tzw. memory table to jeden z przejawów tego trendu.

Ile fascynujących rzeczy można się o zmarłym dowiedzieć w trakcie ostatniego pożegnania. źródło: www.hansenspear.com

Najpierw jednak słowo wyjaśnienia. Szukam najlepszego terminu na określenie „memory table”. Żadne mi nie pasuje – stolik pamięci brzmi jakoś infantylnie, stół pamięci też niezbyt dobrze. Może kąt lub kącik pamięci? Tym bardziej że przedmioty wiążące się ze zmarłym można pokazać w formie tableau, powiesić gdzieś na tablicy, oprzeć o trumnę…

W tym tekście, nie mogąc zdecydować się na jeden termin, będę używał zamiennie wszystkich tych określeń.

Znane z przyjęć weselnych 

Restauracja, gdzie odbywa się stypa, to dobre miejsce na nasz stół pamięci

W Polsce można je zobaczyć najczęściej na weselach. Stoją one zwykle na sali bankietowej, czasem gdzieś w holu, w każdym razie znajdują się w wyeksponowanym miejscu. Na stoliku ustawia się kilka zdjęć przedstawiających historię nowożeńców: zwykle na ich podstawie możemy się dowiedzieć, jak się poznali, są też ich fotografie z dzieciństwa czy zdjęcia rodziców. Wszystko ozdobione stosownymi dekoracjami.

Obok można położyć kartkę z życzeniami, serduszko na szczęście, figurkę rubasznego kupidyna, kwiaty – wszystko, co przyjdzie nam do głowy. Obok znajduje się też często księga pamiątkowa, do której można wpisać życzenia dla młodej pary.

Kącik na ostatnie pożegnanie

Odwiedzając serwis Pinterest, przez przypadek znalazłem stronę, na której ludzie dzielą się zdjęciami kreatywnych kącików pamięci stworzonych nie dla nowożeńców, a na ostatnie pożegnanie bliskiej osoby.

Co tam znajdziemy? Większość wybiera kilka kluczowych, charakterystycznych dla zmarłego przedmiotów świadczących o wykonywanym przez niego zawodzie, zainteresowaniach lub hobby. Może to być np. kapelusz rybacki, buty piłkarskie, szalik ulubionej drużyny sportowej, ukochana książka lub piłeczka golfowa. Jednym słowem wszystko, co przypomni żałobnikom o tym, co było ważne dla zmarłego.

Nie wygląda może super profesjonalnie, ale jest prosto od serca. I o to chodzi

Na przyjęciu pogrzebowym ludzie na ogół mają problem z konwersacją. Pewnie wszyscy to znamy – zastanawiamy się, o czym wypada mówić, a o czym nie. Czy można się śmiać i być wesołym? Stół pamięci jest zatem świetnym pretekstem do nawiązania rozmowy. Pożegnanie to czas wspominania zmarłego, a taki kącik może to znacznie ułatwić.

Niektórzy obok zdjęć nieboszczyka umieszczają księgę pamiątkową lub kartki i długopisy, aby zachęcić żałobników do napisania czegoś od siebie lub podzielenia się historiami na temat zmarłej osoby. To pomaga odszukać w pamięci wyjątkowe chwile spędzone ze zmarłym 

i sprawia, że pogrzeb jest dla nas jeszcze bardziej osobistym wydarzeniem. Można też oczywiście pozwolić innym żałobnikom na przyniesienie ich fotografii lub pamiątek po zmarłej osobie.

Kącik pamięci sprawia, że każdy zmarły jest kimś wyjątkowym. Po raz ostatni możemy poczuć, że ktoś, kto właśnie odszedł, był człowiekiem z krwi i kości. Kochał bawić się z wnukami, smucił się, gdy ulubiona drużyna przegrywała mecz, a jego niespełnionym marzeniem było zobaczyć Rzym. To też wyraz naszej prawdziwej miłości oraz sposób na poradzenie sobie ze smutkiem i żałobą. Szukając zdjęć i pamiątek, skupiajmy się na pozytywnych aspektach życia zmarłego i pamiętajmy tylko o dobrych chwilach, które z nim przeżyliśmy.

Gdzie go ustawić?

Ważne jest miejsce, w którym zdecydujemy się postawić stolik pamięci. Miejsce kremacji lub pochówku zazwyczaj nie jest najlepszym pomysłem. Na pewno powinien on zostać ustawiony gdzieś, gdzie ludzie mają okazję na niego spojrzeć i wokół którego mogą się zebrać. Najczęściej wybór pada więc na salę pożegnań lub miejsce, w którym odbywa się stypa.

Jednym z najwspanialszych przykładów połączenia historii, pamięci i sztuki jest Cmentarz Monumentalny w Mediolanie. Ta majestatyczna nekropolia położona w samym sercu miasta jest nie tylko miejscem pochówku, lecz także prawdziwym skarbcem zabytków.

Cmentarz Monumentalny został założony w 1866 roku i zajmuje obszar ponad 250 tys. m2. Jego rozległe aleje, piękne ogrody i imponujące grobowce sprawiają, że miejsce jest chętnie odwiedzane przez turystów z całego świata. Przyciąga ich również, że jest to miejsce spoczynku wielu znanych postaci, w tym wybitnych artystów, naukowców i polityków.

Cmentarz odzwierciedla przemiany społeczne i polityczne, jakie zaszły w Mediolanie na przestrzeni wieków. Można tam znaleźć groby z czasów risorgimenta, kiedy Włochy stawały się jednym krajem, a także pomniki ofiar wojen i konfliktów. To świadectwo przeszłości i nieustającej pamięci o wydarzeniach, które miały wpływ na historię Mediolanu i Włoch.

Świątynia sławy

Uwagę przykuwa już samo wejście do nekropolii. Włosi nazywają je „Famedio”, co po łacinie znaczy „świątynia znanych postaci” lub „świątynia sławy”. Bryła nawiązuje do romanizmu, ale wprawne oko znajdzie nawiązania do gotyku, a także  świątyń bizantyjskich. Ten eklektyzm jest zresztą charakterystyczny dla całego cmentarza, gdzie style miksują się ze sobą, ale nie mamy wrażenia dziwaczności. 

W środku Famedio znajdziemy grobowce, popiersia i płaskorzeźby zasłużonych mediolańczyków i osób związanych z tym miastem. Jako pierwszy spoczął tu Alessandro Manzoni, pisarz, polityk i działacz społeczny walczący o zjednoczenie Włoch. Uwagę wszystkich zwiedzających przykuwa niebieskie sklepienie komnaty. W górnej części ściany zapisano nazwiska historycznych postaci związanych z miastem. Znajdują się w kilku rzędach, w najwyższych znajdziemy Leonarda da Vinci, św. Ambrożego czy Massimiliano Herculeo, imperatora Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego. Od bramy odchodzą dwie galerie wypełnione zabytkowymi tablicami i nagrobkami. Łatwo się zagubić w tym labiryncie, błądząc wśród krypt i funeralnych pamiątek z przeszłości.

źródło: monumentale.comune.milano.it

Co ciekawe, pierwsza kobieta została pochowana na Famedio dopiero w 2021 roku, czyli po ponad 150 latach istnienia cmentarza. Była to Karolina Fracci, czyli Carla, jedna z najwybitniejszych tancerek XX wieku.

Co warto zobaczyć na cmentarzu?

Chciałoby się powiedzieć: wszystko! Liczba nagrobków i rzeźb o dużej wartości artystycznej może przyprawić o zawrót głowy. Oto kilka wybranych obiektów, które koniecznie trzeba zobaczyć:


Na końcu głównej osi cmentarza znajdziemy krematorium zbudowane w stylu dawnej architektury greckiej, co miało nawiązywać do starożytnych rytuałów oczyszczania. Było to jedno z pierwszych krematoriów na świecie, powstało wbrew nauce Kościoła katolickiego jako pozytywistyczny hołd złożony nauce i postępowi, który miał pogodzić różne wyznania religijne i ideologiczne. Dziś nie jest już używane, znajdują się tam nagrobki i tablice poświęcone ważnym osobom ze świata nauki i sztuki.

Cmentarz pełni również funkcję parku i jest świetnie skomunikowany z resztą miasta. Będąc w Mediolanie, trzeba go odwiedzić. Nawet jeśli nie jest się fanem sztuki sepulkralnej.

Tempo, w jakim tyjemy, cały czas rośnie. Według prognoz w 2030 roku aż dwie trzecie Polaków będzie zmagało się z nadwagą lub otyłością. Czy wkrótce i u nas usługi funeralne będą musiały zostać dostosowane do potrzeb osób otyłych?

Manuel Uribe, w 2007 roku trafił do Księgi Rekordów Guinnessa jako najcięższy człowiek świata o masie 560 kg. źródło: joytv.gr

Statystyki są alarmujące. W Polsce z nadwagą lub otyłością zmaga się aż 67,3 proc. dorosłych mężczyzn i 53 proc. kobiet. Problem ten jest powszechny na całym świecie, a odsetek ludzi mających nadwagę lub cierpiących na otyłość jest coraz większy. 

Od 1975 do 2014 roku roku wzrósł on z 3,2 do 10,8  proc. wśród mężczyzn i z 6,4 do 14,9 proc. wśród  kobiet (Lancet 2016). Utrzymanie podobnych tendencji oznacza, że w 2025 roku na świecie na otyłość będzie cierpieć 18 proc. mężczyzn i 21 proc. kobiet!

Mówiąc o problemach osób z nadwagą, najczęściej skupiamy się na kłopotach, z którymi ci ludzie zmagają się za życia. Zwiększona podatność na choroby, krótszy czas życia i jego gorsza jakość, stygmatyzacja społeczna – to najczęściej wspominane bolączki. Dla osób otyłych montuje się szersze siedzenia w kinach, szyje się ubrania w większych rozmiarach, niektóre szpitale posiadają nawet specjalne stoły operacyjne, które mogą udźwignąć pacjentów o rozmiarze XXL. Mało osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, że otyłość nieboszczyka może również nastręczać kłopotów związanych z jego pochowaniem.

Pierwszy problem pojawia się na etapie wyboru trumny. W Polsce wykonuje się je w większym rozmiarze na zamówienie, na Zachodzie można już kupić szersze trumny, np. 90-centymetrowe (zamiast standardowych 60-centymetrowych), a nawet takie, których szerokość wynosi aż 130 centymetrów. Taka trumna musi być też głębsza. Kolejny kłopot jest związany z tym, że nie każdy karawan zmieści większą trumnę. W Stanach do przewozu dużych trumien używało się ciężarówek, a nawet wozów strażackich. W mniej nowoczesnych domach pogrzebowych czy w cmentarnej kaplicy problemem mogą być również zbyt wąskie drzwi. Kłopot może też stanowić kremacja.

Eksplozje w krematoriach

W jednej ze spopielarni w USA w stanie Ohio doszło do niecodziennego wypadku. Eksplodował piec krematoryjny i budynek stanął w płomieniach. Ogień zaczął się rozprzestrzeniać, kiedy temperatura w piecu przekroczyła dopuszczalną granicę. Przyczyną wybuchu była zbyt duża waga nieboszczyka. Wszystko przez dużą ilość tłuszczu, który znacznie podwyższa temperaturę spalania w piecach krematoryjnych.

Gdy zmarł w 2014 roku jego ciało musiało być wiezione na lawecie do przewozu samochodów. źródło: AFPBB News

Przypadek z Ohio nie jest odosobniony. Z podobnymi trudnościami borykają się właściciele domów pogrzebowych w Niemczech. W jednym z krematoriów w Hamelinie podczas spalania ciała nieboszczyka ważącego ok. 200 kilogramów metalowe części konstrukcji zaczęły się topić, a płomienie strzelały z 10-metrowego komina! Na miejsce przyjechała straż pożarna. Według strażaków temperatura w piecu sięgnęła aż 600 stopni! Kremacja trwała cztery godziny. (źródło: „Der Spiegel”).

Do podobnego incydentu doszło w austriackim mieście Graz. Na początku czerwca skremowano tam nieboszczkę ważącą 200 kilogramów. Podczas kremacji w budynku wybuchł pożar. Kraj obiegły zdjęcia strażaków wychodzących z krematorium w skafandrach pokrytych ciemnym tłuszczem, co raczej nie zrobiło dobrego PR-u branży pogrzebowej. Z kolei w Singapurze głośno było o zmarłej kobiecie, której ciała, ze względu na zbyt dużą wagę, jeden z zakładów nie chciał skremować. Dla ważącej 230 kilogramów nieboszczki trzeba było zbudować specjalną trumnę, którą niosło aż 11 osób. Był to tym bardziej niecodzienny wypadek, że w Singapurze, z powodu problemów z ziemią, jest obowiązek kremowania ciał wszystkich zmarłych, jednak tym razem trzeba było zrobić wyjątek.

Gotowi na takie pochówki

Na przyjęcie otyłych zmarłych przygotowywane są już krematoria w Wielkiej Brytanii i w Szwajcarii. Wyspy Brytyjskie są nazywane „grubasem Europy”. Prym wiedzie Szkocja, gdzie problem związany z otyłością jest największy spośród wszystkich krajów byłego imperium. Niektóre szkockie krematoria siłą rzeczy są modernizowane – ich właściciele kupują większe chłodnie i piece.

Również domy pogrzebowe są zmuszone inwestować w sprzęt, taki jak platformy podnoszące i opadające dla karawanów, nosze bariatryczne, większe lodówki przedpogrzebowe i specjalne urządzenia dźwigowe. Kiedy trumna jest zbyt ciężka, grabarze – aby ją podnieść – nieraz muszą używać koparki przeznaczonej do opuszczania trumny do grobu.

Więcej za pogrzeb

Pochówki osób otyłych to także dodatkowe koszty dla rodzin zmarłych, bo często nie mogą one skorzystać z usług krematorium, które jest najbliżej, tylko muszą jechać gdzieś dalej. Za większą trumnę więcej też zapłacimy. Kosztuje ona od 3 do 5 tysięcy dolarów, podczas gdy cena standardowej waha się od 2 do 3 tysięcy dolarów.

Narodowe Stowarzyszenie Dyrektorów Pogrzebowych (NAFD) alarmuje, że niektóre cmentarze pobierają dodatkowe opłaty za większe trumny, ponieważ działki pogrzebowe są za małe, a grabarze muszą używać wciągników do opuszczania trumien, bo są one zbyt ciężkie, aby można było zrobić to przy użyciu lin.

W Wielkiej Brytanii na cmentarzach powstały już pierwsze kwatery, w których będą chowani otyli zmarli. O ich powstanie zabiegali właściciele zakładów pogrzebowych. Prosili, aby znajdowały się one możliwie najbliżej drogi, aby wyeliminować problemy związane z transportem. Miejsce w rozmiarze XXL kosztuje odpowiednio więcej. Prasa pisze też o stygmatyzacji, ponieważ skojarzenia z dawnymi niechlubnymi praktykami, gdy w wydzielonych częściach cmentarza chowano biedotę albo samobójców, same się nasuwają.

Trumny XXL

Średnia szerokość amerykańskiej trumny wynosi około 66 centymetrów, ale producenci poszerzają ją o około 40 proc., aby mogły one pomieścić większe ciała. Ten trend dostrzegła np. firma Batesville Casket Co., jeden z największych producentów trumien w USA. Duże trumny stanowią jedną z najliczniejszych kategorii produktów w ich katalogu.

Firma Goliath Caskets jest prekursorem w dziedzinie produkowania trumien w rozmiarze XXL. To rodzinny biznes, który rozwijał ojciec obecnego właściciela – Forrest Davis. Pod koniec lat 70. porzucił on pracę spawacza i w starej, przerobionej stodole na rodzinnej farmie zaczął budować trumny dla osób z nadwagą. Dziś założony przez niego dom pogrzebowy sprzedaje kilkaset tego typu trumien rocznie, najczęściej mają one rozmiar od 84 do 132 centymetrów. Te największe są przeznaczone dla osób, które ważą od 318 do 363 kilogramów.

W Polsce też się zdarza, że zakłady pogrzebowe muszą zamawiać szersze trumny, bo nieboszczyk nie mieści się w standardowej. Z przeprowadzonej ankiety telefonicznej wynika, że mimo iż takie przypadki się zdarzają, to na razie nie są one zbyt częste. 

Jeśli wybieramy się do Malborka, warto nieco zboczyć z trasy, by zobaczyć zabytkowy cmentarz mennonicki w Stogach. To jedna z wielu pozostałości tej ciekawej społeczności, której członkowie przybyli niegdyś do Polski z dalekich Niderlandów.

Autor: Karol Szklarski, źródło: Wikimedia

Polska w XVI wieku, na tle toczącej religijne spory Europy, postrzegana była jako oaza spokoju. Do „państwa bez stosów” chętnie przybywały prześladowane w swoich krajach mniejszości, które mogły liczyć na to, że u nas będą spokojnie żyć i pracować.

Tak w Polsce pojawili się anabaptyści, którzy w swojej ojczyźnie byli prześladowani za radykalne poglądy. Pacyfizm, nieprzyjmowanie stanowisk publicznych, nieuznawanie kleru – w Niderlandach pod panowaniem ultrakatolickich Habsburgów niebezpiecznie było głosić takie hasła. Zdecydowanie lepszym pomysłem był wyjazd do Rzeczypospolitej, którą wielki holenderski poeta barokowy Joost van Vondel w swoim poemacie „Gijsbrechjt van Amstel” opisywał niczym biblijną Ziemię Obiecaną. 

A że miasta pruskie były połączone więzami gospodarczymi z Niderlandami, w naturalny sposób stały się one miejscem migracji ekonomicznej wielu holenderskich kalwinistów, obok których do Gdańska, Elbląga i na wsie żuławskie przybywali również mennonici. Jako społeczność przetrwali do końca II wojny światowej, po której zostali wrzuceni do jednego worka z Niemcami i wysiedleni z ziem polskich. Pozostawili po sobie zadbane domostwa i wioski, kościoły, m.in. w Kazuniu Nowym czy Gdańsku, oraz charakterystyczne cmentarze. Największy z nich znajduje się w Stogach Malborskich.

Wieś została założona w latach 70. XVI wieku i niemal od razu wydzierżawiono ją holenderskim osadnikom. Jeszcze w XIX wieku mniej więcej dwie trzecie mieszkańców Stogów było wyznania mennonickiego, pozostałą część stanowili w głównej mierze ewangelicy. Do 1950 roku w Stogach znajdował się oryginalny XVIII-wieczny drewniany kościół, po którym dziś niestety nie ma już śladu. Jedyną pamiątką po olęndrach jest unikatowy cmentarz liczący ponad 90 nagrobków.

Autor: Karol Szklarski, źródło: Wikimedia

Nekropolia zachowała się w dobrym stanie. Piaskowcowe stele, granitowe nagrobki oraz kamienne i żeliwne krzyże nie są porozbijane, część z nich jest jedynie uszkodzona. Wyryte na nich napisy w większości przypadków da się odszyfrować. Klimat cmentarzowi nadają stare drzewa, niektóre z nich mają nawet 300 lat.

Charakterystyczne dla olendrów były piaskowcowe stele bogato zdobione elementami florystycznymi i ornamentami odnoszącymi się do tradycji chrześcijańskiej. Symbolizowały one m.in. kruchość ziemskiego życia (złamana róża, motyl). Na innych stelach można zobaczyć symbole zgaszonej pochodni (motyw pochodzący z czasów starożytnych, kiedy to na koniec pogrzebu gaszono pochodnię), korony – oznaczającej dostąpienie Królestwa Niebieskiego, gołębicy – zwiastuna nadziei i ocalenia (nawiązanie do potopu), czy uskrzydloną klepsydrę, która symbolizuje czas i wieczność. Nie brakuje też motywów roślinnych: liści palmy, dębu, rozmarynu, lilii. Z kolei bliskością od morza można chyba wytłumaczyć fakt, że na jednym z nagrobków widnieje symbol kotwicy znajdujący się obok symbolu oka Opatrzności.

Z inskrypcji zamieszczonych na płytach możemy dowiedzieć się o pełnionych przez zmarłych funkcjach, miejscu ich zamieszkania czy liczbie dzieci. Z drugiej strony steli wyryty był zwykle cytat z Biblii bądź rymowane epitafium.

Autor: Polimerek, źródło: Wikimedia

Część nagrobków ma kształt połamanych drzew – motywu popularnego wśród ewangelików. To symbol kruchości naszego życia, które w każdej chwili może zostać przerwane i zła-mane przez bezwzględny wyrok Opatrzności. Wśród nagrobków wyróżnia się nawiązujący swoim kształtem do antycznego Rzymu cippus zwieńczony urną. Ten element świadczy o tym, że pochowano tu kogoś wyjątkowego. Nagrobek należy do starszego zboru Abrahama Regiera, który był duchowym przywódcą i nauczycielem mennonickiej społeczności.

Najstarsze nagrobki w Stogach pochodzą z 1802 i 1829 roku. Niestety, nie zachowała się drewniana stela z 1811 roku, która została postawiona dla Jacoba Entza. Z kronikarskiego obowiązku należy jeszcze wspomnieć, że na końcu cmentarza stoi dziewięć okazałych stel pochodzących z dawnego cmentarza w Lasowicach Wielkich, a przy wejściu, po prawej stronie, na specjalnie przygotowanym miejscu znajdują się trzy nagrobki przywiezione w 2013 roku z Cis.

Już od jakiegoś czasu tatuaże nie są atrybutem wyłącznie żeglarzy czy więźniów. Dziś są one w dużo większym stopniu akceptowane przez społeczeństwo i mają je ludzie pochodzący z różnych środowisk – od blokersów, przez pracowników uczelnianych, po babcie. I wszyscy prezentują je z tą samą dumą.

Po prawej Kyle Sherwood, jeden z właścicieli Save My Ink

W Stanach Zjednoczonych tatuaże ma ponad 42 miliony osób, a 60 proc. z nich nie poprzestało na jednym tatuażu. Jeśli chodzi o Polskę, podobnych statystyk nie ma, ale wystarczy latem przejść się nad jezioro, aby się przekonać, że podobnie jak za wielką wodą, „dziarają się” ludzie w każdym wieku. I że jest ich naprawdę sporo.

Patrząc na tatuaże, bardzo szybko możemy zrozumieć, że dla wielu osób są one czymś więcej niż sposobem przedstawienia swojego credo życiowego, pochwalenia się imionami dzieci czy zademonstrowania światu, jakiemu klubowi się kibicuje. Wiele z nich to prawdziwe – tak, tak – dzieła sztuki.

A jeśli umiera – dajmy na to – właściciel obrazu van Gogha, normalne jest, że zostawia obraz swoim spadkobiercom. Nikt go nie zakopuje razem z ciałem ani nie poddaje kremacji. Dlaczego więc nie robić tego z tatuażami? Przecież wiele z nich to prawdziwe artystyczne perełki, mające również wartość sentymentalną.

Z takiego założenia wychodzi amerykańska firma Save My Ink Forever, prowadzona przez ojca i syna – Michaela i Kyle’a Sherwoodów, którzy od lat są związani z branżą pogrzebową. Sherwoodowie tak piszą o sobie na swojej stronie internetowej: „Naszą misją jest pomoc w kontynuowaniu pamięci o ukochanej osobie. Mamy nadzieję, że duch i dziedzictwo waszych bliskich będzie żyć przez kolejne pokolenia”.

W roku 2016 właściciele firmy stworzyli i zastrzegli sposób konserwacji tatuaży, który pozwala cieszyć się nimi długo po śmierci ich właściciela. Wiem, brzmi trochę makabrycznie. 

Każdy tatuaż otrzymuje ramkę, odpowiednie i szybę chroniącą przed wpływem promieni UV

Też czytałem w dzieciństwie książki o Indianach i skalpowaniu, ale sposób Save My Ink Forever jest jak najbardziej etyczny i legalny. Przygotowanie do konserwacji tatuażu jest dziecinnie proste. Po pierwsze, rodzina lub zakład pogrzebowy powiadamiają firmę o zamiarze zachowania tatuażu zmarłego. Po drugie, Save My Ink Forever wysyła ​​do domu pogrzebowego zestaw z suszącym środkiem konserwującym, którym należy posypać i zabezpieczyć tatuaż. Następnie, po odczekaniu, tatuaż należy wyciąć – wystarczy wykonać bardzo powierzchowne nacięcie. Jest też możliwość, żeby firma wysłała specjalistę wraz z zestawem do wycięcia tatuaży. Prawda, że proste? Potem trzeba poczekać trzy-cztery miesiące. W tym czasie Save My Ink Forever konserwuje tatuaż, wybiera do niego ramkę i go zabezpiecza. Wszystko przebiega w maksymalnym poszanowania ciała, dlatego Sherwoodowie nie zajmują się tatuażami wykonanymi na twarzy i narządach płciowych.

Po kilku miesiącach zabiegów skóra wygląda jak pergamin. Rodzina otrzymuje tatuaż, który jest zabezpieczony za pomocą szyby, tak aby chronić go przed szkodliwym wpływem promieni UV.

Koszt usługi zależy od wielkości tatuażu. Za tatuaż o wymiarach 12 cm na 12 cm zapłacimy 1 tys. 599 dolarów. Każde następne centymetry to dodatkowy koszt. Rocznie firma przeprowadza około 100 takich zabiegów.

Wytnij i powieś na ścianie

To tatuaże, które zostały wycięte i zabalsamowane. Prawda, że szkoda byłoby gdyby się zmarnowały w trumnie?

Pytani o makabryczny aspekt swojej pracy Sherwoodowie odpowiadają: „Wszystko zależy od perspektywy. Jak się temu przyjrzeć, sama kremacja – włożenie zwłok do ognia – też brzmi dość makabrycznie. Albo podzielenie się prochami zmarłego, tak aby każdy z rodziny miał jego cząstkę dla siebie. Wszystko zależy od tego, jak na to patrzymy” (cytat z wywiadu dla „Daily Mail”).

Komentarze klientów, które można znaleźć na Facebooku, są wyłącznie pochlebne:

„Zachowałam tatuaże mojego męża dla naszego syna; miał dwa lata, kiedy jego tata nagle zmarł”.

„Mój mąż i ja zastanawialiśmy się nad tym długo przed śmiercią. Byłby zachwycony gdyby mógł zobaczyć, jak wygląda jego sztuka po konserwacji i oprawieniu. Był bardzo dumny ze swoich pięknych, gustownych małych dzieł sztuki. Będą na zawsze pielęgnowane przez naszą rodzinę” – pisze inny klient.

Przed śmiercią w październiku 2018 roku kanadyjski artysta tatuażu Chris Wenzel poprosił swoją żonę, aby zleciła firmie Save My Ink Forever usunięcie i zachowanie tatuaży, które obejmowały 70 proc. jego ciała. Firma zrobiła to z sukcesem, a swój wyczyn zgłosiła do Księgi Rekordów Guinnessa.

Na końcu napiszę z żalem, że poza Stanami usługa jest dostępna tylko w Kanadzie i w Wielkiej Brytanii. W Polsce jeszcze nie ma specjalistów, którzy się tym zajmują. Tak więc poczekam z podjęciem decyzji, czy się tatuować, czy nie. 

O potrzebie dzielenia się swoim bólem, miłości do zwierząt, gustach Polaków, a także o biżuterii funeralnej z Moniką Zajonc z firmy Damar, która zajmuje się tworzeniem biżuterii i pamiątek żałobnych, rozmawia Łukasz Cholewicki.

Z czego słynie Ozimek, poza tym, że działa w nim Wasza firma?
Sam Ozimek słynie głównie z najstarszego w Europie wiszącego mostu żeliwnego. O naszej firmie tak naprawdę wie mało mieszkańców, działamy głównie wysyłkowo, jeśli chodzi o realizację zamówień.

Skąd pomysł na taką działalność?
Marka Damar skończyła w tym roku cztery lata, natomiast tworzeniem biżuterii żałobnej zajmujemy się od około trzech lat. Wszystko zaczęło się od pytania klientki o możliwość zatopienia w żywicy prochów bliskiej osoby. Z czasem tych pytań było coraz więcej. Okazało się, że ludzie czują potrzebę posiadania takich pamiątek, a nam zaufali i wybrali nas jako realizatorów tych projektów.

I od razu się Pani zgodziła?
Odpisałam wtedy, że muszę to przemyśleć. Nie powiedziałam od razu „tak”. Z jednej strony ta pani bardzo mnie zaskoczyła, a ponieważ to była stała klientka, więc wiedziałam, że nie żartuje. Musieliśmy to z mężem przedyskutować i sprawdzić, czy spełniając taką prośbę, nie złamiemy prawa.

Z jednej strony chcieliśmy pomóc tej pani, sprawić, aby poczuła się chociaż troszkę lepiej w tych trudnych chwilach przeżywania żałoby, z drugiej jednak coś nas hamowało. To ogromna odpowiedzialność za bezcenny „materiał”.

Nie baliście się, że to niezgodne z prawem? Przepisy dotyczące przechowywania prochów ludzkich są u nas restrykcyjne.
Zanim podjęliśmy decyzję, zadzwoniłam do sanepidu i do innej firmy, która specjalizuje się w tworzeniu diamentów pamięci właśnie z prochów.

Pani w sanepidzie była oburzona moim pytaniem i przyznanie, że jest to nielegalne, zajęło jej trochę czasu. Pani po prostu miała swoje przekonania na ten temat. Właściciel firmy od diamentów był bardzo miły i również zapewnił mnie, że jeszcze nigdy z tego tytułu nie spotkały go żadne nieprzyjemności. A zatem miałam już jasność – teraz trzeba było zdecydować, czy chcemy podjąć się takiego zadania.

Kto zamawia Waszą biżuterię funeralną?
Zamówienia składają przede wszystkim kobiety, ale często dla całej rodziny, czyli po kilka egzemplarzy. Akurat jestem w trakcie realizowania zamówienia na siedem pamiątek z prochami jednej osoby.

A na jakie pamiątki najczęściej decydują się Wasi klienci?
Chyba najczęściej są zamawiane złote zawieszki, następnie bransoletki, a później pierścionki.

Czyje prochy Polacy chcą mieć zatopione w biżuterii?
Nigdy o to nie dopytuję. Z tego, co mi wiadomo – bo akurat kilka osób o tym powiedziało – to dzieci. Ale często są to też pamiątki po mamie. Możliwość składania u nas zamówień przez internet daje klientom poczucie anonimowości i bezpieczeństwa. Zdarza się, że klienci dzwonią, bo chcą tylko o coś dopytać, i wtedy bardzo często w ich głosie słychać skrępowanie.

Skrępowanie?
Myślę, że to taki strach przed tym, co ja sobie o nich pomyślę, co ludzie powiedzą, że to może jednak nie wypada, że to przesada. Często zdarzało mi się słyszeć od właścicieli domów pogrzebowych, że „Polska nie jest jeszcze na to gotowa”.

Moja żona, gdy pokazałem jej Waszą stronę, stwierdziła, że nigdy by „czegoś takiego” nie założyła, że byłoby to dla niej zbyt trudne emocjonalnie.
Wiele osób tak mówi. Wiem też, że sporo ludzi z czasem zmienia zdanie, muszą się tylko oswoić z tym, że to nie jest coś nienormalnego. Poza tym zamówienie takiej biżuterii nie obliguje nas do jej noszenia. Może po prostu leżeć w pudełeczku na te „gorsze dni”, gdybyśmy potrzebowali takiej namacalnej pamiątki. My nigdy nie namawiamy klientów na zamówienie takiej biżuterii, ale dajemy możliwość jej posiadania. Rozumiemy też różne poglądy na ten temat.

Wspomniała pani o domach pogrzebowych. Na Waszej stronie widzę, że zapraszacie je do współpracy. Czy jest duże zainteresowanie ofertą?
Zainteresowanie jest spore, współpracujemy z kilkunastoma zakładami pogrzebowymi w Polsce, jednak nie często klienci decydują się złożyć zamówienie. Widać, że właściciele są otwarci i chcą współpracować.

Czyli jednak może „Polska nie jest jeszcze na to gotowa”.
Myślę, że powoli to się zmienia, społeczeństwo do tego dojrzewa. Zdecydowanie więcej wykonujemy pamiątek po zwierzętach. Mamy też sporo klientów z zagranicy, gdzie tego typu pamiątki nie budzą aż takiego zdziwienia.

Właśnie. Czy duży odsetek Waszych zamówień to pamiątki po pupilach?
Jakieś 80 proc. zamówień stanowią te z sierścią zwierząt.

Naprawdę aż tak dużo?
Tak, zwierzęta dla wielu osób są ważniejsze niż ludzie.

Myśli Pani, że łatwiej kochać zwierzaki niż swoich bliskich?
Więź, jaka potrafi połączyć człowieka ze zwierzęciem, jest często dużo silniejsza niż ta między ludźmi. Wyjątek stanowią oczywiście utracone dzieci. Wszystko zależy od indywidualnej sytuacji.

Może wyjaśnię to na przykładzie mojej koleżanki, która bardzo cierpiała po śmierci babci, ogromnie ją kochała, miały wspaniały kontakt i wiele dla siebie znaczyły. Jednak kiedy odszedł kot tej koleżanki, to się załamała. Zwierzę było z nią przez cały czas. Dzień w dzień. Na każdym etapie jej życia. Wiedziało o niej wszystko. Kot był pocieszycielem w trudnych chwilach, powiernikiem sekretów. Mimo wszystko był zdecydowanie bliżej niż babcia. Wiele osób też decyduje się na posiadanie zwierząt, ponieważ nie może mieć dzieci. I wtedy to właśnie zwierzęta stają się dla nich dziećmi. Przelewają na nie całą swoją miłość. A zatem utrata takiego członka rodziny to jak strata dziecka.

Jak wygląda proces tworzenia biżuterii? Widzę na Waszej stronie internetowej, że na taką pamiątkę czeka się od siedmiu do 20 dni.
Wszystko tworzymy ręcznie, półprodukty ze srebra, złota czy stali chirurgicznej oczywiście zamawiamy u producentów. Realizacja zamówienia trwa zazwyczaj około ośmiu dni roboczych, ale na niektóre projekty trzeba poczekać nieco dłużej. Coraz częściej klienci pytają o w pełni spersonalizowaną biżuterię, do której wykonania muszę zamówić dodatkowe elementy.

Upraszczając cały proces tworzenia biżuterii – żywicę epoksydową można porównać do szkła. Jest tak samo bezbarwna, jednak dużo trwalsza i odporniejsza na działania mechaniczne. Najpierw ma ona jednak postać płynną, dlatego często mówię, że pamiątki „zatapiamy” w żywicy. Dzień po dniu dolewa się kolejne warstwy, ich liczba zależy od rodzaju pamiątki. Żywica potrzebuje jeszcze dwóch dni na całkowite zastygnięcie. Musi być na tyle twarda, abyśmy mogli ją wyszlifować i wypolerować – tym między innymi zajmuje się mój mąż Patryk. Dopiero po tym zabiegu możliwe jest wydobycie z niej dodatkowego blasku.

Czy była jakaś historia lub zamówienie, które szczególnie utkwiło Pani w pamięci?
Nie każdy chce dzielić się swoją historią. Ale wielu klientów dołącza mi do przesyłek listy. Najczęściej dotyczą one straty zwierzęcia. Opisują przebieg choroby. To, jak bardzo jest im trudno. Jak bardzo czują się nierozumiani przez najbliższych. Jeżeli chodzi o historie związane ze stratą ludzi, to chyba zawsze najbardziej będą mnie poruszały historie z dziećmi – być może dlatego, że sama jestem mamą.

Jedno z pierwszych takich zamówień dotyczyło sekretnika ze zdjęciem i włoskami chłopca. Małego, może pięcioletniego. Popłakałam się, kiedy pani napisała mi, że podczas zabawy został wypchnięty
z okna przez swojego kolegę, który był chory, nie wiedział, co się wydarzyło, był nieświadomy tego, co właśnie zrobił. Innym razem w rozmowie telefonicznej klientka opisywała, jak źle została potraktowana jej niepełnosprawna córka w szpitalu podczas pandemii. Pani nie mogła z nią być przez obostrzenia. Niestety również przez te obostrzenia jej córka umarła. Przez zaniedbanie lekarzy. Płakałyśmy obie.

Czyli nie tylko jest Pani jubilerem, ale kimś w rodzaju powiernika.
Tak. Klienci bardzo często się zwierzają, otwierają przede mną, chociaż przed bliskimi tego nie robią. Zdarza mi się czytać, że jestem jedyną osobą, której opisali w liście to, co czują. I wiedzą, że nie zostaną ocenieni. Dziękują za to, że mogli to napisać. Często widać w tych listach na końcach ulgę. To również bardzo ważna część mojej pracy.

Copyright 2023 | Realizacja: cemit.pl